Opublikowano Dodaj komentarz

20 najlepszych książek do nauki matematyki

20 najlepszych książek do nauki matematyki

Zauważyliście, że większość przedszkolaków lubi matematykę, ale im wyższy etap edukacji tym bardziej ten odsetek uczniów twierdzących, że matma jest fajna spada? Badania mówią nam, że najbardziej dynamiczny rozwój umiejętności matematycznych przypada właśnie na wiek przedszkolny. Podtrzymując naturalne zainteresowania dzieci, dokładając do tego ognia, który sam z siebie się naturalnie pali możemy sprawić, że matematyka w przyszłości nie będzie dla naszych dzieci nudna i trudna. Jak to sprawić? Chcę Wam pokazać wybór książek, dzięki którym matematyczna przygoda może być świetną zabawą.

Książek, ćwiczeń i podręczników do matematyki jest mnóstwo. Wybrałam dla Was takie, które stawiają na zabawę, kreatywność i nie opierają na żmudnych i odtwórczych ćwiczeniach.

Zeszyty ćwiczeń, w które wcale nie wyglądają jak te, do których przywykliśmy w szkole to fantastyczny sposób na to, by pokazać matematykę z zupełnie innej strony.

Czasami jest tak, że to my dorośli musimy odświeżyć nasze matematyczne wiadomości lub poszukać inspiracji, jak wprowadzać różne matematyczne pojęcia.

Zamiast ćwiczeń i zadań, warto zastosować też siłę opowieści. Tu mamy najlepsze przykłady tego, co nazywamy beletrystyką matematyczną.

Niekiedy najlepszym sposobem jest zabawa.

Starszym dzieciom można jednak pokazać matematykę z zupełnie innej strony.

Czasami jednak nie ma innego wyjścia niż ćwiczyć się w rozwiązywaniu zadań. Trzeba jednak wiedzieć jak. Tu macie serię przydatną w szkole podstawowej, gdzie są przedstawione wszystkie typy zdań objęte podstawą programową. Przy każdym zadaniu przeprowadzani jesteśmy przez cały proces rozwiązania, który prowadzi nas do wyniku. Dla nas w edukacji domowej to bardzo przydatna pozycja.

Pozostaje mi życzyć Wam dużo radości z odkrywania piękna matematyki.

Opublikowano Dodaj komentarz

NAUKA OCZAMI DZIECKA I DOROSŁEGO

Badania nad ludzkim mózgiem sprawiają, że o tym jak uczy się mózg, jak przebiega proces nauki i jakie warunki są dla niego optymalne, a jakie nie  możemy przeczytać w metaanalizach badań albo mniej lub bardziej naukowych książkach polskich i zagranicznych naukowców. Dr Marek Kaczmarzyk, dr Marzena Żylińska, Manfred Spitzer, Gerald Huether, Joachim Bauer to nazwiska, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy, gdy myślę o neurodydaktyce. 

Neurodydaktyka czyli nauczanie przyjazne mózgowi, nauka o tym jak uczy się mózg. Jeśli myślicie, że badania w tej dziedzinie można prowadzić tylko w uniwersyteckiej katedrze to się mylicie. Niemal te same wnioski można wysnuć obserwując uczące się dzieci, rozmawiając z nimi i samemu stawiając się w roli ucznia. Nie wiedząc nic o neurodydaktyce, nie wiedząc, że w ogóle ona istnieje bardzo szybko odkryjemy podstawowe przynajmniej informacje o tym w jaki sposób przebiega proces nauki, co w nauce pomaga, a co przeszkadza.

NIE MA MOWY O NAUCE W SYTUACJI PRZYMUSU I BRAKU AUTONOMII

B. nie cierpiał techniki. Zastanawiając się nad wyborem zajęć popołudniowych dwa lata temu zdecydował się na stolarkę w Pałacu Młodzieży. Po paru zajęciach wsiąkł na dobre. Czemu? Na zajęciach można realizować swoje własne, samodzielnie wybrane lub wymyślone projekty. Każdy robi swój projekt we własnym tempie. To umożliwia łączenie dzieci w różnym wieku i na różnym poziomie umiejętności. To dzieci szukają u prowadzącego informacji jak coś zrobić wtedy, kiedy tego potrzebują. Często korzystają z pomocy kolegów, bo pan jest jeden, dzieci kilkoro i okazuje się, że łatwiej zapytać kolegę niż dobić się do pana. Prowadzący nie studzi zapału tylko pomaga rozbierać słonia na części. B. nigdy o żadnym ze swoich pomysłów nie usłyszał, że to za trudne, niemożliwe, a po co coś takiego. Tylko od razu jest rozkminka jak to zrobić. Nawet gdy chodzi o replikę pistoletów czy miecza świetlnego z Gwiezdnych Wojen.

Z okazji Dnia Matki miały odbyć się „integracyjne” zajęcia dla mam i dzieci. B. cieszył się jak wariat i bardzo szczegółowo zaplanował co będziemy robić. Niestety, okazało się, że z tak szczególnej okazji pan zmienił strategię i dokładnie zaplanował całe zajęcia. Gdy moje nastoletnie dziecko usłyszało, że zamiast bardzo dokładnie obmyślonego podajnika na biurko będziemy robić tulipana na podstawce … to cały zapał uleciał w jednej chwili.

Patrzyłam na niego i widziałam jak się przewala jedno po drugim – rozczarowanie, żal, złość, wściekłość, bunt, rezygnacja. Zostaliśmy na zajęciach chyba ze względu na jego relację z prowadzącym. Miał ochotę wyjść, ale został, bo poczuł, że sprawi przykrość panu. Zostałam razem z nim, ale już wszystko było po nic. Zniknęła ekscytacja i zaangażowanie. Robiliśmy program minimum. Jednak nasz plan minimum zderzył się z potrzebą planu idealnego prowadzącego. Okazało się, że nasz tulipan jest zamontowany nie w tę stronę co trzeba. Stwierdziliśmy z synem, że to nam nie przeszkadza. Nie dane nam jednak było zdecydować. Tulipan został pieczołowicie wymontowany i oszlifowany i zamontowany ponownie tym razem przodem do przodu. Widziałam jak z tym czuł się B. i wiem jak mnie z tym było.

DOROSŁY W ROLI UCZNIA

Miałam ochotę uciec. Znalazłam się w sytuacji, której szczerze nie cierpię. Nie lubię publicznie się uczyć, wykazywać się nieporadnością, niewiedzą. Przycinanie sklejki i opiłowywanie jej w kształt tulipanowego liścia było cholernie trudne i nużące.

Przez okno świeciło słońce, w sali zrobiło się gorąco. Cała moja integracja sensoryczna eksplodowała. Sygnał alarmowy i migająca na czerwono kontrolka odpaliły się informując moje ciało – zagrożenie, uciekaj! Za gorąco, inni ludzie są za blisko, małe pomieszczenie, słaba akustyka, za głośno. Głos odbija się od ściany, uderza mnie z powrotem jak piłką, zaczyna się panika. Wdech, powoli, spokojnie, dasz radę, wydech.

Przypomniałam sobie jak to jest, gdy wstydzisz się zadać pytanie – czy tak dobrze, czy dobry pilnik, czy w dobrą stronę, a co teraz. Stoisz z robotą i myślisz – zapytać i wyjść na głupią, bo przecież to pewnie oczywiste, którym pilnikiem czy samemu zdecydować i spaprać tego liścia. Syn tylko wzrusza ramionami pogrążony we własnych emocjach, a ja w coraz większej rozterce.

Przypomniałam sobie, jak się czuje człowiek, któremu co chwila zwracają uwagę, że robi coś nie tak. Niby to oczywiste, uczę się, robię błędy, zwracają mi uwagę, poprawiam błędy, robię to coraz lepiej. Tylko, że to wcale tak nie działa. Za każdym razem, gdy dostawałam uwagę, naprawdę miłą i taktowną, że coś jest nie tak i powinno być inaczej – czułam się jak kretynka. Przecież gdybym była mądra to bym wiedziała.

A na koniec to obezwładniające poczucie braku autonomii. Ustalamy z synem, że dla nas tak jest ok i dowiadujemy się, że tak nie może zostać, że trzeba poprawić. Te myśli i uczucia przelatujące przez głowę. Jasne, możesz się upierać przy swoim, ale wtedy trzeba stanąć na środku sceny i zawalczyć, odsłonić się. Powiedzieć publicznie „nie”. Nie zgadzam się, dla mnie wystarczy, nie chcę. Nawet dla mnie dorosłej wobec innego dorosłego było to ogromnie trudne i nie zdecydowałam się na to. Schyliłam głowę, przełknęłam pigułkę. Fatalnie się potem czułam. Czułam się nic nie warta.

Tak samo czują się nasze dzieci w szkole. Tylko, że my jesteśmy dorośli i teoretycznie mamy zasoby, by sobie z tym radzić. A nasze dzieci?

ZAPYTAJ DZIECKO

Moja najstarsza córka jest zafascynowana faktem, że razem będziemy się czegoś uczyć. Postanowiłyśmy kupić sobie rolki. Ani ona, ani ja nigdy wcześniej nie jeździłyśmy na rolkach. Dużo o tym rozmawiamy – jak to będzie, czy trudno, czy łatwo, czy nogi będą boleć, a przede wszystkim:

– Ale mamo, ty naprawdę też będziesz się uczyć?

– Tak – mówię – i bardzo się tego boję.

– A dlaczego?

– Bo nie lubię, gdy ludzie się na mnie patrzą jak się uczę. Chciałabym, żeby mnie zobaczyli jak już umiem. A Ty jak masz?

Dowiedziałam się od niej, że nauka jest fajna, gdy jest frajdą, zabawą albo gdy chcesz tak ciężko pracować, a nie fajna jest wtedy, gdy nie chcesz jej robić i jest dla Ciebie za trudna i kiedy się boisz. Jest też trudna wtedy, kiedy nie chcesz się uczyć, ale chcesz już umieć te rzeczy. A co można zrobić, aby nauka była fajna? Można ją tak zmienić, by tobie się podobała.

Dzieci dokładnie wiedzą czego im potrzeba.

NAU

Opublikowano Dodaj komentarz

Rodzicielstwo bliskości nie działa

To nie działa. Rodzicielstwo Bliskości nie działa, Porozumienie bez Przemocy nie działa. To są jakieś wymysły dla nawiedzonych ludzi. Jak się ma czas, to można się bawić w takie rzeczy, a ja muszę być na czas w pracy. Normalni ludzie tak nie mówią.  Kto to widział zgadzać się na takie brewerie? Jak to nie chce? Przecież nie może wyjść bez szalika na dwór. Pozwalasz mu wchodzić tak wysoko? Jeszcze zobaczycie to bezstresowe wychowanie. Te dzieci to wam wejdą na głowę. Powinny wiedzieć, że życie to nie bajka. Jak je tak rozpieścicie i będziecie pozwalać na wszystko, to potem będą miały w życiu pod górkę. Bo w życiu nie jest łatwo.

Poznajecie? Przedstawiłam Wam cały stos obiegowych opinii, z którymi się spotkałam, gdy zaczęłam zmieniać moje myślenie o rodzicielstwie. Słyszałam je od rodziny, znajomych, nauczycieli przedszkolnych i szkolnych. Często je spotkacie w różnych gazetowych periodykach, serwisach czy forach internetowych.

NIE DZIAŁA

Wiecie, co Wam powiem? Rodzicielstwo bliskości rzeczywiście nie działa. Porozumienie bez przemocy też. Nie działa wtedy, gdy traktujemy je jako metodę, która ma doprowadzić do tego, że inni będą robili to, czego chcemy.

To nie są triki, które mają doprowadzić do tego, że dzieci będą od teraz grzeczne, będą wszystko jadły i nie będą się kłócić. Jeśli chcecie takich efektów to musicie poszukać jakichś technik manipulacji. Pamiętajcie jednak, że tam, gdzie wkracza manipulacja, tam możecie zapomnieć o relacji. Możecie też się spodziewać, że dziecko wobec którego stosujecie manipulację za jakiś czas zastosuje manipulację wobec Was. Dzieci uczą się bowiem nie z naszego gadania o tym co ważne, a co nie, co wypada, a co nie wypada, jak trzeba, a jak nie trzeba, ale z naszego działania. Możemy im mówić o wzniosłych wartościach, ale dopóki tych wartości nie wprowadzimy w swoje codzienne życie, to niewiele z tego gadania przyjdzie. One są doskonałymi obserwatorami i po prostu robią to co my.

PRZEKONANIA

To, że RB nie działa to jedno, ale z tych wszystkich komunikatów, które możemy usłyszeć wynika jeszcze jedna sprawa. Przekonania. Jedno z moich „ulubionych” to „Życie to nie bajka”. To takie przekonanie o tym, że w życiu musi być trudno i pod górkę. I ponieważ to prawdziwe trudne życie dopiero przed tobą moje drogie dziecko, to ja teraz żeby Cię na nie przygotować też będę Ci robił tak, żeby Ci było trudno. W szkole musi być trudno, byś potem w życiu dał sobie radę, bo wiesz, życie to nie bajka.

Mam odwrotnie. Wierzę, że w życiu bywa różnie. Raz jest trudno, raz lekko i łatwo. Wierzę, że nasze życie należy do nas i od nas samych w ogromnej mierze zależy. Jesteśmy odpowiedzialni za to co robimy, tak samo, jak za to czego nie robimy. Mam też takie doświadczenie, że mnie samej było trudno w życiu, gdy stykałam się z rzeczami, które ode mnie nie zależą np. śmiercią bliskich osób oraz wtedy, gdy nie brałam za swoje życie odpowiedzialności. Mówiąc, że nie brałam za nie odpowiedzialności mam na myśli, że tkwiłam w pracy, w której źle się czułam, gdzie musiałam wykonywać rzeczy sprzeczne z moimi wartościami. Myślę również o tych chwilach, gdy zaniedbywałam swoje potrzeby albo oczekiwałam od innych, że to oni o nie zadbają. To są też te momenty, gdy nie brałam odpowiedzialności za swoje emocje i uczucia i czyniłam odpowiedzialnymi za nie inne osoby, a nie mnie samą. Tak, wtedy było mi trudno.Owszem były też momenty w moim życiu, kiedy pracowałam ciężko i dużo. Jednak nie było mi wtedy trudno, bo czerpałam ogromną satysfakcję z pracy, a to z kolei sprawiało, że podchodziłam do niej z radością.

CO WSPIERA, A CO NIE?

„Życie to nie bajka” jest przekonaniem, które mnie nie wspiera ani mi nie służy. Nie kupuję go i nie będę sprzedawać swoim dzieciom. Zamierzam je wspierać w przeżywaniu i nazywaniu emocji, również tych „złych”, by wyrośli na zdrowych dorosłych, którzy przyjmują odpowiedzialność za siebie. By umieli się złościć i smucić w sposób, który im służy. Chcę by znali swoje potrzeby i umieli nazywać swoje emocje.  Chcę by mieli dobrze teraz, bo tylko wtedy bedą mogli czerpać z tego później. Zamierzam to robić, choć często na zewnątrz widać to tak, że rozkapryszone i rozhisteryzowane dzieci włażą mi na głowę. Pozwalam na głośny płacz i dramatyczne wyrażanie emocji, bo nie chcę by musiały się tego uczyć jako dorośli. Gdy zaakceptujemy te mocne, często nazywane złymi, emocje, wtedy będziemy mogli pomyśleć o czym nam mówią. Wielu dorosłych wciąż tego nie wie. Nie mają pojęcia skąd bierze się ich złość i co chce im powiedzieć.  Wielu nie zna swoich potrzeb ani granic. Wielu uważa, że to jak wygląda ich życie nie ma z nimi nic wspólnego. Bo wiecie, życie to nie bajka. Tak już jest, że w życiu jest pod górkę. I tak tkwimy w tym, co nam nie służy.

To tylko jedno z miliona przekonań, które mamy w głowach. Zachęcam – zajrzyjcie i sprawdźcie, które są dla Was dobre, a które lepiej zostawić za sobą.

Opublikowano 1 komentarz

ROSZCZENIOWY RODZIC – KTO TO TAKI?

Temat do tego wpisu podsunął mi Wojtek Gawlik z EDu-klaster. Jego wpis na fb, który możecie przeczytać tutaj sprawił, iż zobaczyłam, że nauczyciele nawet ci „postępowi” nauczyciele, widzą rodziców podobnie jak swoich uczniów. Jako grupę, którą trzeba wychować, pedagogizować, powiedzieć im co dobre, a co nie, poprowadzić, nauczyć. Jak będą się słuchać i pilnie uczyć wtedy razem możemy osiągnąć piękne rzeczy dla naszych dzieci. A przecież dobro dzieci jest naszym wspólnym celem, prawda? Więc niech Państwo wyjmą karteczki i notują.

RODZIC JEST RÓWNY NAUCZYCIELOWI

Niestety, takie postawienie sprawy nie wydaje mi się dobrym początkiem dla współpracy i współodpowiedzialności. Współpraca i współodpowiedzialność między szkołą, nauczycielem a rodzicem musi się zacząć od równości i szacunku. Jako rodzic w szkole nie czuję równości, a już na pewno nie czuję szacunku. Zgodnie ze słownikiem PWN szacunek to stosunek do osób lub rzeczy uważanych za wartościowe i godne uznania. Czy szkoła, nauczyciel uważa rodzica, jego wątpliwości, przekonania, wartości, wiedzę na temat swojego dziecka za wartościowe i godne uznania? Zapewne każdy z nas ma różne doświadczenia w tym temacie i mam nadzieję, że są takie szkoły i tacy rodzice, gdzie w obopólnych relacjach obecna jest i równość  i szacunek. Ja w relacjach ze szkołą nie doświadczyłam ani jednego ani drugiego i wiem, że moje doświadczenie jest tożsame z doświadczeniem wielu rodziców.

CZY RODZICE SĄ JAK DZIECI?

Dlaczego, my rodzice, dorośli ludzie jesteśmy postrzegani przez nauczycieli jako grupa, którą trzeba wychować? Określani jesteśmy jako roszczeniowi, dzieckocentryczni. Wychowujemy swoje dzieci „bezstresowo” (tak często określani są rodzice, którzy nie stosują kar za trudne zachowanie dziecka, a starają się szukać potrzeby jaka za takim trudnym zachowaniem stoi) i dajemy włazić sobie na głowę, bo nie próbujemy natychmiast ucinać trudnych emocji dziecka, a dajemy im przepłynąć i towarzyszymy w tym, a potem nauczyciele muszą sobie radzić z takimi rozpuszczonymi dzieciakami, które nie rozumieją jak się do nich mówi „nie, bo nie”. Tak, te rozpuszczone dzieciaki chcą wiedzieć dlaczego tak i dlaczego nie i potrafią się upierdliwie tego domagać. Tę próbę pedagogizacji rodziców widać też chociażby w tym jak się nas sadza w ławkach na zebraniach. Siedzimy w ławkach jak nasze dzieci i tak jak dzieci nas się traktuje.

RODZICE SĄ RÓŻNI

Podobnie jak nauczyciele, rodzice są bardzo zróżnicowaną grupą. Mamy różne wykształcenie, doświadczenie, poglądy, wartości. Są tacy, którzy chcieliby, aby szkoła oddała dziecku więcej odpowiedzialności za naukę, ale część rodziców domaga się większego przymusu i kontroli ze strony szkoły, bo wierzy, podobnie jak część nauczycieli, że bez tego ich dziecko nie będzie chciało się uczyć. Czują się zaniepokojeni brakiem pracy domowej czy tym, że dzieci bawią się na lekcjach zamiast się uczyć. Dostają ocenę opisową i chcieliby wiedzieć czy to piątka  czy czwórka. Nie jest możliwym spełnić żądania, prośby i oczekiwania zróżnicowanej grupy rodziców, zwłaszcza, że część z nich zapewne wzajemnie się wyklucza. Nie o to też chodzi.

KOMUNIKACJA I ODPOWIEDZIALNOŚĆ

O co zatem chodzi? O komunikację. O równość i szacunek. I o jasny podział odpowiedzialności.

Komunikacja jest często słabą stroną nauczycieli jak i rodziców. To nie jest umiejętność, której uczą na studiach choć powinien być to istotny element w kształceniu zawodowym nauczycieli. Warunkiem brzegowym dobrej komunikacji jest jednak wzajemne przekonanie o naszej równości i darzenie się szacunkiem. Przekonanie, że czegoś mogę się od drugiego człowieka nauczyć, dowiedzieć. Na koniec jasny podział odpowiedzialności. Za co jest odpowiedzialny nauczyciel, a za co rodzic. Jako rodzic mam takie poczucie, że nauczyciel wzbrania się od wzięcia odpowiedzialności za własną pracę.

Jeśli nauczyciel ma problem z dzieckiem na swojej lekcji – zwraca mu uwagę. Może też wysłać ucznia do wychowawcy, dyrektora, pedagoga. Może też wpisać uwagę do dzienniczka. Jako rodzic jestem zobowiązana przyjąć tę uwagę do wiadomości, składając pod nią swój podpis, i zrobić coś z zachowaniem dziecka na lekcji, którą prowadzi nauczyciel. Czyli z mojego punktu widzenia nauczyciel nie podejmuje żadnych działań, by zrozumieć i zmienić zachowanie dziecka na swojej lekcji, ale żąda ode mnie bym ja to zrobiła za niego. Dla mnie to jest przerzucanie na mnie odpowiedzialności, której nie tyle nie chcę, co nie jestem w stanie przejąć. Mogę to zrobić jedynie przejmując prowadzenie lekcji.

Dlaczego nie mogę wziąć tej odpowiedzialności od nauczyciela? Dlatego, że problematyczne zachowanie dziecka na lekcji dzieje się w relacji lub braku relacji dziecko-nauczyciel i ja jako rodzic nie jestem w stanie ani niczego w tej relacji zmienić, ani jej poprawić, ani jej nawiązać. Wzywana uwagami w dzienniczku do szkoły na początku rozmowy z nauczycielem zadawałam zawsze pytanie: czy pan/pani rozmawiał sam na sam z moim dzieckiem o tym, co chciałby zmienić w jego zachowaniu? Zgadnijcie ile razy uzyskałam twierdzącą odpowiedź? ANI RAZU. Ze wszystkich rozmów, które odbyłam tylko w przypadku jednej nie usłyszałam wymówek w postaci – no wie pani ja mam 25 uczniów w klasie, nie mogę rozmawiać z każdym, mam dyżur na przerwie. Tylko raz usłyszałam – a wie pani, nie pomyślałam o tym, ale dziękuję za pomysł, spróbuję. Wiecie co się stało? Nagle zaczęłam słyszeć – mamo, a pani mówiła, że dzisiaj się starałem, mamo, a pani mówiła, że dzisiaj dobrze pracowałem. Wystarczyła jedna rozmowa. Nie na forum klasy, ale taka jeden na jeden. Jednak dla wielu nauczycieli nawiązanie takiego kontaktu z uczniem jest ogromnym problemem. Nie wiem dlaczego tak jest. Może przyczyną jest ten nieszczęsny autorytet, o którym nauczyciele tyle mówią. Bo jeśli muszę usiąść z uczniem i powiedzieć mu – „Słuchaj to dla mnie trudne, gdy zadajesz na lekcji tyle pytań, które nie są związane z tematem. Zastanawiam się co moglibyśmy zrobić, żebym ja mogła przeprowadzić lekcję i żebyś ty jednocześnie znalazł odpowiedź na swoje pytania.” – to trochę muszę zejść z tego piedestału autorytetu pani nauczycielki i przejść do relacji bardziej partnerskiej. Myślę, że to może być trudne dla wielu nauczycieli. Choć w konsekwencji prowadzi właśnie do wzrostu autorytetu nauczyciela i zaangażowania ucznia. Wyobrażam sobie jednak, ze nauczycielom trudno zadbać o potrzeby uczniów, gdy ich własne potrzeby nie są zaopiekowane, a o to ostatnie trudno w naszym systemie edukacji.

RODZIC A POTRZEBY NAUCZYCIELI

Ja jako rodzic nie jestem w stanie o to zadbać. Nie zwiększę pensji, nie zadbam o szacunek i wsparcie ze strony dyrekcji, nie zmniejszę klas, nie zmienię podstawy programowej ani polityki MEN. To, co mogę zaoferować to moja otwartość na inny punkt widzenia. Mój szacunek i chęć rozmowy. Bo musimy pamiętać, że szacunek to nie to samo co zgadzanie się z kimś. Chciałabym w zamian tego samego. Chciałabym, aby szkoła nie traktowała mnie, rodzica jak podrośniętego dziecka, którego kaprysy i roszczenia musi znosić. Chciałabym wzajemnej odpowiedzialności i zaangażowania. Jeśli ja jako rodzic mam wątpliwości co do sensu pracy domowej to szukam czegoś co potwierdzi lub obali moje doświadczenie i przedzieram się po angielsku przez sześćdziesięciostronicową metaanalizę badań Harrisa Coopera i chciałabym mieć pewność, że nauczyciel będzie robił podobnie. Jeśli zadaje dużo odtwórczej pracy domowej to chcę się dowiedzieć na jakiej naukowej podstawie uważa, że to ma sens. Niestety, najczęściej słyszę – muszę im zadawać, żeby się przyzwyczaili, bo w późniejszych klasach będą mieli więcej pracy domowej. Zupełne jak w tym dowcipie o rodzinnej tradycji przykrawania indyka przed włożeniem brytfanki do piekarnika.

– Mamo, a dlaczego właściwie my tak robimy?

– Wiesz, mamy taką tradycję, zapytaj babci.

– Babciu, dlaczego przykrawamy indyka?

– Moja mama tak zawsze robiła, wtedy jest smaczniejszy.

– Prababciu, czemu przykrawałaś indyka?

– Dziecko, miałam mały piekarnik i inaczej się nie mieścił.

Wszyscy lubimy widzieć sens naszej pracy. A my „roszczeniowi” rodzice, którzy widzimy jak nasze dzieci pracują ponad siły chcemy wiedzieć, że praca naszych dzieci ma sens.

Opublikowano Dodaj komentarz

SZKOŁA – RODZICOM WSTĘP WZBRONIONY

Temat szkoły bardzo mnie boli. Wścieka. Porusza. Irytuje. Dotyka głęboko. Dotyczy osobiście.

Po lekturze „Godziny wychowawczej” Aleksandry Szyłło przewaliło się po mnie małe emocjonalne tornado. To taka niewielka książeczka. Rozmowy z ludźmi, który głęboko siedzą w edukacji, są nauczycielami, wychowawcami, dyrektorami, twórcami znanych i znaczących placówek edukacyjnych, takich, które służą dziecku. Mówią o tym jak według nich powinna wyglądać szkoła i o tym jak wygląda.

Bardzo smutne to wnioski. Jaka szkoła jest każdy widzi. Każdy, kto do niej chodził. Każdy, kogo dziecko do niej chodzi. Spotykając się z rodzicami czy to na warsztatach, które organizowałam czy to na tych które prowadziłam zobaczyłam, że szkoła to największy problem dla wielu z nich.

NAJPIERW O MOIM DOŚWIADCZENIU.

Byłam dzieckiem, które nie lubiło szkoły. Chodziłam do jednej z dwóch podstawówek w małym miasteczku. Chyba nigdy nie miałam czerwonego paska. Pierwszą tróję z matmy miałam już w 3 klasie. Potem do mojej ulubionej trójcy dołączyła fizyka i chemia. Łapałam się w średniej. I za pierwszym razem nie zdałam na studia. Patrzę na to z punktu, w którym teraz jestem i widzę, że to nie miało kompletnie znaczenia chociaż wtedy wydawało się niezwykle istotne. Na miejsce w którym jestem nie wpłynął brak czerwonego paska i trójki z przedmiotów ścisłych. Nie miało znaczenia też to, że nie zdałam na studia za pierwszym razem. Wcale się też temu teraz nie dziwię. Zdawszy się na rady innych osób, wybrałam bowiem kierunek, który mnie kompletnie nie ekscytował, ale za to miałam mieć po nim dobrą pracę. To co zaważyło na tym, co teraz robię to było olśnienie. W liceum nie miałam żadnego. W szkole podstawowej spotkało mnie tylko jedno. Był nim pan od polskiego. Prócz polonistyki skończył też reżyserię. Miał też żal do Boga i z tego żalu czasem w niedzielę chwiejnym krokiem wychodził z restauracji Lubiana, jedynej w naszym mieście. Zaczęliśmy naszą znajomość od tego, iż na pierwszej lekcji powiedziałam, że się z nim nie zgadzam. Pamiętam, że od tamtej pory był ciekaw, tego co napiszę i powiem. Był jednym z ludzi, dzięki którym jestem tu, gdzie jestem. Myślałam, że zdążę mu kiedyś podziękować. Za te dyskusje, rozmowy i za to, że cenił, gdy się z nim nie zgadzaliśmy. Nauczył nas, że warto wątpić i że nie ma jednej właściwej interpretacji wiersza czy książki. Nie zdążyłam tego zrobić. Z całej mojej edukacji tylko to jedno doświadczenie miało sens i wartość.

PISZĘ TO ROZMYŚLAJĄC O NAUCZYCIELACH I SZKOLE.

Cztery lata edukacji mojego syna w szkole podstawowej uświadomiło mi, że szkoła niewiele zmieniła się od czasu, gdy sama opuściłam jej progi. Choć minęło już od tego czasu ponad dwadzieścia lat. Wszyscy wiemy, że w tym czasie świat, w którym żyjemy zmienił się bardziej niż my dorośli kończąc naszą edukację mogliśmy sobie to wyobrazić. Tymczasem szkoła tego nie zauważa.  Przygotowuje nasze dzieci do życia w świecie, który już nie istnieje. W świecie, w którym by przetrwać potrzebna jest umiejętność rywalizacji. W świecie, gdzie cenione jest posłuszeństwo i dokładne wykonywanie zleconych zadań. Gdzie własne zdanie i kreatywność są do niczego nie potrzebne. Szkoła ignoruje zmiany konsekwentnie, zasłaniając się systemem, podstawą programową, przeładowanymi klasami, niskimi płacami, politykami, którzy ciągle mieszają w edukacji wierząc, że dobra szkoła to taka, do której kiedyś chodzili. Nikt nie bierze odpowiedzialności za szkołę. Uczeń, gdyby chciał – nie może. Szkoła nie ma zgody na to, by dziecko samo decydowało, co jest interesujące, a co nie, czego chce się uczyć więcej, a czego mniej. Mój syn w czwartej klasie konsekwentnie ignorował plastykę, po tym jak usłyszał we wrześniu, że jego jesień ma za mało kolorów. Zakończył z oceną dopuszczającą. Szkoła, w przeciwieństwie do nas, nie mogła się z tym pogodzić. Nalegano na poprawę oceny i przyniesienie dokończonych prac kompletnie ignorując decyzję dziecka.

W SZKOLE UCZEŃ NIE MA PODMIOTOWOŚCI.

Nikt go nie bierze na poważnie. Gdyby dorośli byli traktowani tak jak nasze dzieci w szkole szybko by się zbuntowali. Śniadanie na stojąco albo na podłodze, jeden wspólny papier toaletowy, wiszący na haku w przedsionku toalety – musisz zaplanować ile będziesz potrzebował. Brak noży w stołówce, bo to niebezpieczne narzędzie. Zakaz biegania, bo mogą sobie zrobić krzywdę. Zakaz gry w piłkę, bo mogą powybijać okna.

SZKOŁA OD LAT SPRZEDAJE MITY, KTÓRE NIE MAJĄ NIC WSPÓLNEGO Z PRAWDĄ.

Błędy. Przez 12 lat uczymy dzieci, że lepiej ich nie popełniać, a potem chcemy, by umiały myśleć nieszablonowo, by próbowały tego, czego nikt przed nimi nie próbował.

Prace domowe. Nasze dzieci pracują niejednokrotnie ciężej niż robotnik w fabryce. Spędzają w szkole po kilka godzin, potem następnych kilka w domu nad lekcjami, i wszystko to często bez wolnych weekendów. Żaden dorosły, by tego nie wytrzymał, a dzieci muszą. Jest mnóstwo badań pokazujących bezsens prac domowych. Szkoła jednak konsekwentnie trzyma się sposobów, które działały kilkadziesiąt lat temu.

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. To chyba jedno z najbardziej fałszywych przekonań, które wpaja nam szkoła. Jeśli dziecko nie posiądzie jakiejś umiejętności w określonym czasie, to już koniec. Ilu nowych kompetencji musieliście się nauczyć w ciągu Waszego życia juz po zakończeniu formalnej edukacji? Mnóstwa. Nauczyliście się ich, bo były Wam potrzebne. Z dziećmi jest podobnie. Jeśli tylko widzą sens działania wchodzą w to i to bardzo szybko.

MY, RODZICE MAMY BYĆ KARZĄCĄ RĘKĄ SZKOŁY. 

Placówki wymagają od nas byśmy działali wbrew dobru naszego dziecka. Mamy go sprawdzać, zmuszać, przypominać i egzekwować to, co szkoła zaleci. Prowadząc i organizując warsztaty dla rodziców doświadczam tego, jak ogromny to problem i jak destrukcyjnie działa na relacje w rodzinie. Szkoła wymaga od rodziców współpracy, ale tylko na jej warunkach. Gdy tylko rodzice chcą, do czego zgodnie z prawem są uprawnieni, uszczknąć trochę władzy, mieć wpływ na to, co się w szkole dzieje, od razu są przywoływani do porządku. W szkołach nie ma kultury współpracy.

NAUCZYCIELE I SZKOŁA

Zmiany w szkole systemowej są możliwe w ramach systemu, który istnieje. Trzeba tylko przestać mówić „nie da się”, a zacząć zastanawiać się jak. Zachodniopomorska szkoła w Radowie Małym, o której możecie przeczytać tutaj jest właśnie przykładem na to, że się da. By zmieniła się szkoła, musi chcieć tego jej dyrekcja i motywować do tego swoich nauczycieli. Wyobrażam sobie, że to rzadki wypadek. Współczuję nauczycielom trudnego miejsca, w którym się znajdują. Dobry nauczyciel musi działać niejako wbrew systemowi, w którym się znalazł. Dobry nauczyciel jest problematyczny dla innych nauczycieli i dla dyrekcji. Pokazuje, że można działać inaczej, mieć relację z dziećmi i ich zainteresowanie tematem.

IGNOROWANIE

To, czego nie mogłam zaakceptować w szkole, to to, że szkoła kompletnie ignoruje emocje dzieci oraz fakt, że proces nauki zachodzi w relacji. Nam dorosłym trudno zapanować nad emocjami, trudno ich nie przynosić z pracy do domu, zostawić za progiem. Tymczasem od małego człowieka, który nie ma jeszcze „mocy przerobowych” wymagamy by był skoncentrowany na lekcji, gdy on właśnie na przerwie pokłócił się kolegą albo to już kolejna godzina lekcyjna, a jego rozpiera energia i chętnie by teraz pobiegał. Nie jest skoncentrowany? Mówimy mu, aby był, ignorując przyczynę. Nadal nie jest? Piszemy uwagę do rodziców, aby coś z tym zrobili. Szkoła ignoruje trudności dzieci, tłumacząc się, że taki mamy system. Dla mnie to jest kłamstwo i zrzucanie z siebie odpowiedzialności. Prawdą byłoby, gdyby nauczyciel powiedział, że on nie wie jak zadbać o potrzeby wszystkich dzieci w dwudziestokilkuosobowej klasie. Można o to zadbać. Trzeba tylko wyjść z założenia, że są one ważne i że ich zaspokojenie pomoże dzieciom efektywnie się uczyć.

Co się stanie jeśli będziemy konsekwentnie ignorować potrzeby dzieci? Potrzeby nie znikną. Zaczną znikać dzieci. Elżbieta Piotrowska-Gromniak  w „Godzinie wychowawczej” Aleksandry Szyłło mówi o zatrważających danych.

„Otóż według ministerstwa zdrowia około miliona polskich uczniów cierpi na fobie oraz depresje szkolne. Mówimy o uczniach, którzy zwrócili się o pomoc do publicznych placówek służby zdrowia. Strach pomyśleć, że są również dzieci, których rodzice jeszcze o taką pomoc się nie zwrócili.”

Myślę, że lawinowy wzrost liczby uczniów w edukacji domowej z kilku do kilkunastu tysięcy w ostatnich latach jest odpowiedzią na to, co szkoła nam funduje. Niektórzy zmieniają szkołę z państwowej na prywatną. Inni wybierają przygodę jaką jest edukacja domowa. My wybraliśmy przygodę.

Opublikowano Dodaj komentarz

EDUKACJA DOMOWA – JAK JĄ ZACZĄĆ?

Rok szkolny w toku. Dwa lata temu oczekiwałam go w dużym napięciu. Zaczynałam pierwszy rok w edukacji domowej z dwójką moich dzieci i czekała nas wielka niewiadoma. Teraz do starszej dwójki dołączyła już najmłodsza, która rozpoczęła pierwszą klasę. Napięcia jest dużo mniej, więcej w nas pewności i wiary we własne siły. Nie byłoby tego, gdyby nie satysfakcjonujące odczucie doświadczania wolności.

Dwa lata temu byłam jednak w innym punkcie. Różne doświadczenia doprowadziły mnie do tego, że zaczęłam rozważać i szukać alternatywy dla szkoły systemowej. Nie będę o nich opowiadać, bo każdy z nas ma je pewnie inne, chcę natomiast opowiedzieć o tym, co pomogło mi tę decyzję podjąć.

PIERWSZĄ PODSTAWOWĄ SPRAWĄ BYŁ MÓJ ROZWÓJ OSOBISTY.

Rozwijanie swojej samoświadomości. Badanie za co jestem odpowiedzialna w różnych relacjach – z dziećmi, ze szkołą, z innymi ludźmi, a za co nie. Rozwój w obszarach rodzicielstwa bliskości, porozumienia bez przemocy. Kluczowe było dla mnie dojście do takiego punktu, w którym nabrałam pewności, że nie muszę się zgadzać na to, co jest niezgodne z moimi wartościami, a tym czymś był system edukacji w takiej formie, w jakiej dotyczył mojego syna. Poczułam, że mogę i chcę wziąć za to odpowiedzialność.

DRUGĄ KWESTIĄ BYŁO SZUKANIE INFORMACJI.

Te, jak formalnie przeprowadzić przenosiny dzieci do edukacji domowej stosunkowo łatwo znaleźć. Ja szukałam czegoś innego. Osobistych doświadczeń innych ludzi. Doświadczeń dzieci. Potrzebowałam potwierdzenia, że tak się da i rozwiania wszystkich moich obaw. Trafiłam wtedy na podcast Więcej niż edukacja. Dziękuję Ani Marszałek i Agnieszce Pleti, autorkom, bo dzięki nim po wysłuchaniu ponad 30 godzin nagrań, przesłuchaniu kilkunastu wywiadów z edukującymi domowo rodzicami czy uczącymi się domowo dziećmi byłam dużo spokojniejsza.

TERAZ PRZYSZŁA KOLEJ NA TRZECI KROK.

Chciałam poznać ludzi, którzy to robią, zadać milion nurtujących pytań i po raz kolejny upewnić się, że to ma sens, że tak się da i że to jest do ogarnięcia nawet w przypadku dwójki dzieci naraz. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia budziła moje obawy. Czy dam radę uczyć dwójkę dzieci na dwóch różnych poziomach edukacyjnych? Pomyślałam, wyposażona już w wiedzę o skali edukacji domowej w Polsce, że gdzieś musi być rodzic, który ma za sobą doświadczenie, przed którym ja dopiero stoję. Nie myliłam się. Dzięki grupom fejsbukowym poświęconym ED znalazłam Kasię, która od paru lat edukowała w domu dwójkę swoich dzieci będących w podobnym wieku do moich. Jej otwartość, szczera chęć spotkania się z zupełnie obcą osobą i podzielenia się prywatnym doświadczeniem była dla mnie wtedy bezcenna. Pamiętam jak w gorące popołudnie, któregoś dnia wakacji siedziałyśmy w parku, a Kasia opowiadała mi o swoich dzieciach, o tym co się sprawdziło, a co nie działało. Do dziś czuję ogromną wdzięczność za to spotkanie, bo właśnie dzięki niemu byłam gotowa do podjęcia ostatecznej decyzji.

POTEM WIELOKROTNIE MIAŁAM MNÓSTWO WĄTPLIWOŚCI.

Czy wyrobimy się z materiałem, czy zdamy egzaminy. Trudne były zdziwione spojrzenia, nieśmiertelne pytania o socjalizację. W ciągu tych dwóch lat najwięcej siły dały mi rozmowy z Agnieszką Safoną. Teraz już wiem, że gdy ogarniają mnie takie czarne myśli mogę sięgnąć do „edukacyjnej wioski”, którą zobaczyłam wokół siebie. Nagle spostrzegłam jak wiele osób, które znam lub poznaję edukuje domowo swoje dzieci. Myśl o tym dawała i daje mi wsparcie.

Cieszy mnie ten rok. Podobnie jak moje dzieci. Większy w nas spokój i pewność, co do obranej drogi. Większa wiara w dzieci, ich samodzielność i odpowiedzialność. Oczywiście pojawiają się też trudności, ale podchodzimy do nich już zupełnie inaczej. Cieszę się, że mogę wychowywać moje dzieci do wolności i odpowiedzialności.

Zobacz, jak w domu uczyć się z dziećmi angielskiego:

Opublikowano Dodaj komentarz

JĘZYK MIŁOŚCI

Ten króciutki tekst napisałam cztery lata temu. Stanęłam wtedy za swoim dzieckiem. Rozpoczęłam zmiany, które zaprowadziły mnie tam, gdzie nie spodziewałam się dotrzeć. Zmiana sposobu myślenia o rodzicielstwie i wychowywaniu dzieci sprawiła, że cztery lata później mogę patrzeć na większego już ode mnie trzynastolatka z miłością, dumą i spokojem. Spokojem, bo te cztery lata zainwestowałam w budowanie relacji. Różnie to wychodziło. Raz lepiej, raz gorzej. Były wzloty i upadki. Staraliśmy się oboje i czasami każdemu z nas nie wychodziło w te relacje. Jednak patrzę teraz na dziecko, które wie, że mu ufam i w niego wierzę. Mówię mu o swoich obawach i wątpliwościach, a on czasami berze je pod uwagę, a czasami nie. Najczęściej jednak tak. Patrzę na dziecko, któremu nie muszę stawiać granic, bo komunikuję mu swoje i szanuję jego. Dziecko, które odpowiedzialności za siebie i innych uczy się w działaniu i wie, że to oznacza, iż może się potknąć i wybrać źle czy niemądrze. Bo na tym polega nauka. Na robieniu błędów. Ja sama też musiałam się tego nauczyć.

*

Pierwsze dziecko to jest zawsze poligon doświadczalny. Nie inaczej było u mnie. Im bardziej chciałam, tym bardziej mi nie wychodziło. A ciągle coś chciałam. Żeby był jakiś. Żeby coś robił. Żeby czegoś nie robił. Im bardziej się szarpałam, tym większy opór napotykałam.

Po tym jak przeczytałam „Dziecko z bliska” Agnieszki Stein zrozumiałam, że od dziesięciu lat stoję przed nim i ciągle czegoś chcę, żądam, domagam się. Zrozumiałam, że jeśli mam dziecko, które jest moją wierną genetyczną kopią, to ono musi być psychicznym wrakiem po tym jak w ciągu ośmiu godzin w szkole przeżyło milion interakcji społecznych.

Stanęłam za nim. Zabezpieczam tyły. I widzę jak opadają z niego wszystkie łuski i kolce. Jak jasne stają się przyczyny. A gdy przyczyna jest jasna, łatwiej zachować spokój. Łatwiej kochać takiego nastroszonego, gdy się ma zrozumienie dla tego, co go dzisiaj spotkało. A ilość miłości, którą dostaje się w zamian jest obezwładniająca.

No dobra. Nie do pogardzenia są spojrzenia innych mam, gdy twój dziesięciolatek daje Ci mnóstwo całusów, wraca jeszcze, by się wtulić i leci na lekcje 

Opublikowano Dodaj komentarz

PIERWSZY ROK W EDUKACJI DOMOWEJ – PODSUMOWANIE

Pierwszy rok za nami. Egzaminy zdane, oceny wystawione. Czuję potrzebę, by podsumować ten czas. Zebrać doświadczenia, określić co wyszło, a co nie, nazwać zdziwienia i rozczarowania. 

PRZEDE WSZYSTKIM – TO BYŁ BARDZO DOBRY ROK.

Rok, w którym nauczyłam się moich dzieci i o moich dzieciach więcej niż kiedykolwiek przedtem. Czas spędzony razem – nie świąteczny, nie na ekstrasach, a na zwykłej codzienności sprawił, że bardziej jasne dla mnie jest to, co ważne. Zrozumiałam też, że to, co trudne, może być okazją do tego, co ważne. Okazją do tego, by nauczyć się być razem w satysfakcjonujący dla wszystkich sposób  i wspierać w trudnych momentach. I mówię tu o wspieraniu się nawzajem. Doświadczyłam bowiem tego, że dzieci mogą też umieć i chcieć udzielać rodzicom wsparcia w trudnościach. Nauczyłam się też w tym roku, że dbanie o siebie jest kluczowe. Bez zadbanych swoich potrzeb nie byłam w stanie towarzyszyć dzieciom w przeżywaniu trudnych emocji, a tych emocji było sporo, bo wszyscy przeżywaliśmy nowe, a do tego w połowie roku okazało się nagle, że zamiast małego synka mamy nastolatka z całym dobrodziejstwem inwentarza.

TO BYŁ TEŻ JEDNAK TRUDNY ROK.

Pełen wielu niepewności, wielu stresów związanych z podjętą przez nas decyzją. Ja musiałam uwierzyć, że dzieci będą się uczyć, gdy nikt im nie będzie stał z bacikiem nad głową. Dzieci musiały nauczyć się uczyć. To właśnie okazało się kluczową umiejętnością. Konieczne było zaplanowanie dnia, tygodnia i całego roku szkolnego oraz monitorowania w jakim tempie posuwamy się z nauką do przodu. Właściwie cały czas jesteśmy w procesie tej nauki. Każdemu dziecku przychodziło to z większą łatwością lub trudnością.

JA MUSIAŁAM UWIERZYĆ,

że jestem w stanie nauczyć bądź towarzyszyć w nauce na poziomie klasy pierwszej i piątej. Miałam ten strach w sobie dopóki ktoś nie uświadomił mi, że mówimy przecież o zakresie szkoły PODSTAWOWEJ. To bardzo dużo mówi o systemie edukacji, przez który my dorośli przeszliśmy. Mamy skończone studia albo wykształcenie średnie, ale tkwi w nas przekonanie, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć materiału szkoły podstawowej.

PIERWSZĄ RZECZĄ,

jaką musieliśmy zdefiniować to to, kto jest odpowiedzialny za edukację. Ustaliśmy wspólnie, że dzieci. Trudne było to jednak dla mnie, by tej odpowiedzialności nie przejmować z powrotem. Trudno było akceptować różne formy nauki, które dzieci wybierały, uwierzyć, że to się dobrze skończy, i że jak mówią, że już to znaczy, że już. Trudno było nie naciskać przy różnych niechęciach. Czasami coś sprawiało trudność i dzieci porzucały daną dziedzinę na jakiś czas. Tak było na przykład z nauką czytania. Trudności generowały irytację i na dłuższy czas skupiliśmy się na matematyce, a ta przychodziła z łatwością. Trudno było nie drżeć wtedy z obawy czy aby wrócą do tego i zdążą nauczyć się przed egzaminami. Wracali, nabywali kompetencji, posiadali umiejętności i wiedzę. Nasz mózg jest tak skonstruowany, że uczy się przede wszystkim rzeczy, które są nam potrzebne. W pewnym momencie Dagny zapragnęła samodzielnie czytać książki i nauka czytania poszła do przodu. To znowu sprawiło, że nasza najmłodsza córka też zapragnęła czytać samodzielnie i teraz „uczy się literek” i ma z tego przednią zabawę.

DOŚWIADCZALIŚMY,

jak nieskrępowana potrzeba wiedzy prowadzi do tego, że dziecko zainteresowane tematem uczy się więcej niż musi, sięga głębiej niż wymaga program. Przy ciele człowieka sięgaliśmy do podręczników z anatomii. Przeglądali je wspólnie jedenastolatek, pięciolatka i siedmiolatka. Wszyscy tak samo pochłonięci.

Dzieci zaczęły uczyć się od siebie. Średnia córka miała zabawę z uczenia najmłodszej, syn tłumaczył zadania średniej córce, a wszyscy uczyli się historii i przyrody na poziomie piątej klasy, bo okazało się, że to pociąga każdego.

MUSIELIŚMY SIĘ TEŻ ODCZEPIĆ OD OCEN.

Skoro oddaliśmy odpowiedzialność, to dzieci decydowały jaki poziom osiągniętej wiedzy ich satysfakcjonuje. To było niezwykle trudne. Pierwszy egzamin, z historii, zdawaliśmy w grudniu. Poszedł tak sobie. Drugi, na początku kwietnia, z przyrody, udał się świetnie. Wiecie jaka była różnica? Taka, że nad historią pracowaliśmy ciężko, rzetelnie i  w pocie czoła. Natomiast przyroda to była zabawa. Spodziewałam się dokładnie odwrotnych wyników. Przed polskim mówiłam sobie, że dopuszczający to też ocena, a skończyliśmy z celującym.

To mówi tylko o tym, jak ułomnym narzędziem są oceny. I jak niewiele informacji zwrotnej, takiej z której dziecko może skorzystać, dają. Bo jeśli oceniać wysiłek, wkład pracy i zaangażowanie w naukę to z historii powinniśmy dostać celujący, z przyrody powinno być dobrze, a z polskiego ledwo ledwo. Jaka więc jest informacja zwrotna w przypadku oceny z historii? Za mało się starałeś? Prawda jest taka, że starał się najbardziej. Dla mnie to też znak, że warto zaufać dziecku. Ono wie, jak mu najłatwiej przyswoić dany materiał. Zmuszając go do metody, która jest dla nas najlepsza możemy, co najwyżej obrzydzić mu dany przedmiot.  Widzę też, że do różnego materiału dzieci dobierają różne metody nauki. W jednym temacie są zupełnie samodzielne, w innym potrzebują towarzysza.

Porównując też końcowe oceny z zeszłego roku w szkole systemowej i te z pierwszego roku edukacji widać, że z każdego przedmiotu syn podniósł ocenę o 2-3 stopnie. Dla mnie to jest o tym, że wolność w edukacji ma kluczowe znaczenie i ogromne przełożenie na osiągane wyniki.

CO ZMIENIMY?

Mam poczucie, że kolejny rok będzie łatwiejszy. Więcej w nas wiary i pewności. Więcej też będzie, nazwijmy to – „innych metod” niż te, które bezpiecznie wybieraliśmy w tym roku czyli podręcznik i zeszyt ćwiczeń. Trochę ze strachu, trochę pod presją czasu (nie zdążymy do egzaminów, gdy będziemy się tak bawić) nie wybieraliśmy projektów, lapbooków, pracy zespołowej. Teraz już wiem, że zdążymy i że te metody dają często lepsze efekty. Nauka jest najefektywniejsza, gdy jest zabawą i zamierzamy w tym roku wchodzić w to głęboko.

BARDZO CIESZĘ SIĘ Z TEGO MOMENTU,

w którym jestem. Edukacja domowa to była najlepsza decyzja jaką mogliśmy podjąć zarówno dla nas, jak i dla naszych dzieci. Patrzyłam przez cały rok, jak rosną w sobie, uczą się decydować, ponosić konsekwencje. Widziałam jak się rozwijają, nabywają nowych umiejętności, uczą się współpracować, związują się bardziej ze sobą. Teraz odpoczywamy zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy. Choć egzaminy były już trzy tygodnie temu, to dopiero wczoraj poznaliśmy ostatnią ocenę końcową i oficjalnie możemy pożegnać ten rok szkolny. Zgadnijcie czym się w związku z tym zajmują dzieci?

Planowaniem nauki na przyszły rok.

Opublikowano Dodaj komentarz

Jak nauczyć (się) tabliczki mnożenia?

Potrzebowałam inspiracji, jak wprowadzić tabliczkę mnożenia, bo mój pierwotny pomysł, by nauczyć się na pamięć nie spotkał się z zainteresowaniem mojej córki. Przeglądałam strony różnych wydawnictw, aż moją uwagę przykuła nowość – „Paluszkowa tabliczka mnożenia”. Wiedziałam, że są różne triki, by mnożenie obliczyć na palcach, widziałam nawet jakieś filmiki na yt czy fb, ale wiecie, brak czasu sprawił, że zrobiłam się wygodna i zamiast przeszukiwać wieczorami zasoby sieci wolałabym mieć wszystko w jednym miejscu pod ręką. Trochę miałam wątpliwości czy da się na obrazkach pokazać te sposoby, czy da się zrozumieć opisy, czy nie będą zbyt skomplikowane. Zastanawiałam się czy przypadkiem nie będzie tak, że to co jest łatwe do pokazania, będzie trudne do opisania. Postanowiłam jednak zaryzykować i zamówiłam książkę.

Pierwsze zdziwienie to to, że jest w dużo większym formacie niż wygląda na zdjęciach. Raczej z tych cienkich niż grubych. Ma ciekawie wymyślone skrzydełka, na których znajdują się przydatne informacje. No i środek. Przekartkowałam ją pobieżnie i odłożyłam ją z taką myślą, że to kurczę chyba jednak nie zadziała. Książka leżała jednak na wierzchu więc młoda adeptka tabliczki mnożenia wkrótce ją wypatrzyła i postanowiłyśmy spróbować. I wiecie co? To było kapitalne! Wciągnęłyśmy się obie jakby to była najbardziej pasjonująca gra na świecie. Wszystkie przykłady z książki zrobiłyśmy w półgodziny, ale potem było błaganie o jeszcze. Tak dobrze słyszycie, dziecko prosiło, żeby jej podawać działania, a ona obliczała je na palcach z dziką radością w oczach. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie takiego zapału.

Z tą książką opanowanie mnożenia do 100 wydaje się bajecznie proste. Co prawda, są 42 działania, na które nie ma innego sposobu niż pamięciowe opanowanie, ale wchodzi w to między innymi mnożenie przez 0 (które zawsze daje 0), mnożenie przez 1 i odwrotności działań. Mnożenie przez 5, 6, 7, 8, 9, 10, a więc to trudniejsze, które z reguły młodszym dzieciom trudniej ogarnąć jest możliwe do zrobienia na palcach. W przypadku, gdy do przemnożenia mamy dwa razy dwa od biedy możemy dodać sobie te dwójki w głowie, ale gdy mamy przemnożyć siedem razy osiem sprawa robi się trudniejsza i tu z pomocą przychodzą paluszkowe sposoby.

Jasne, że w końcu chodzi o to, by tabliczka mnożenia była w głowie. I to jest właśnie najlepszy sposób na jej przyswojenie. W zabawie, z przyjemnością, w dobrych emocjach, z ekscytacją, a nie znudzeniem. W takiej sytuacji mózg mówi – „Hmm, to ciekawe, zapamiętam”. Myślę, że jeszcze kilka – kilkanaście sesji z ćwiczeniem na palcach i punkt „tabliczka mnożenia do stu” będzie wkrótce za nami.

Polecam Wam serdecznie! Dawno żadna książka nie dała nam tyle zabawy.

Opublikowano Dodaj komentarz

Genialny sposób na naukę angielskiego z dziećmi!

Często wydaje się nam, że angielskiego dzieci mogą się uczyć tylko w bardzo określonych sytuacjach i z bardzo wykwalifikowanymi osobami. Z lektorem, anglistą, w szkole, na kursie, w szkole językowej. Tymczasem zwłaszcza w przypadku dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym to my możemy być dla nich nauczycielami, nawet jeśli nie znamy angielskiego w stopniu idealnym.

shopping list, gra po angielsku,

Wiecie ile trwają zajęcia językowe dla przedszkolaków? Maksymalnie pół godziny! Jeśli dorzucicie do tego podróż w obie strony najczęściej okazuje się, że w samochodzie czy autobusie spędzamy więcej czasu niż na lekcji. Może warto zastanowić się czy nie lepiej spożytkować ten czas na wspólne z dzieckiem domowe zabawy po angielsku?

Jak to zrobić, jeśli nie jesteśmy nauczycielami? A co jeśli dziecko nauczy się nieprawidłowej wymowy? A jeśli nasz angielski nie jest na perfekcyjnym poziomie?

Po pierwsze możemy się uczyć razem z dzieckiem. To zawsze dobrze działa, gdy wspólnie eksplorujemy jakąś dziedzinę. Nie występujemy wtedy z pozycji wszechwiedzącego mentora lecz ciekawego wiedzy współtowarzysza. To dogodna do nauki dla dziecka sytuacja, bo nie blokuje się ono, nie wstydzi się swojej niewiedzy, tego, że jeszcze nie umie lub nie rozumie. Pokazujemy mu wtedy na czym właściwie polega nauka. Szkoła, a często już nawet przedszkole uczy bowiem nasze nasze dzieci czegoś zupełnie innego. Szkoła piętnuje niewiedzę, wyśmiewa niezrozumienie. Dzieci szybko łapią, że nie wiedzieć, nie umieć, nie rozumieć to wstyd. Lepiej zatem nie pytać, nie domagać się powtórnych wyjaśnień, bo zostanie się uznanym za niemądrego, niedouczonego, za kogoś, kto nie łapie w lot. A przecież niewiedza to idealny moment, by dowiedzieć się, nauczyć, zapytać, poćwiczyć. Gdy uczymy się z dzieckiem, pokazujemy mu, że każdy nie wie, nawet dorosły, że to nie wstyd nie wiedzieć, nie wstyd pytać.

A co z prawidłową wymową? Na szczęście żyjemy w czasach, kiedy technologia potrafi rozwiązać każdy problem. Zdaję sobie, że moja wymowa daleka jest od ideału. Dlatego, gdy uczę się z dziećmi korzystam z jednej z wielu aplikacji słownikowych na telefonie. Wyszukujemy słowo czy frazę i odtwarzamy wymowę. Dzięki temu możemy usłyszeć różnicę między wymową brytyjską a amerykańską, odtworzyć dowolną ilość razy i zbliżyć się chociaż trochę do tego, co nam prezentuje słownikowy lektor.

Do takiej wspólnej nauki doskonałe są gry brytyjskiej firmy Orchard Toys. Pierwotnie przeznaczone do zabawy dla angielskojęzycznych dzieci, w naszym przypadku służą do nauki języka w sposób, który daje najlepsze efekty. Poprzez zabawę. Nie siadamy do nauki angielskiego. Siadamy do grania, do wspólnej aktywności, która sprawia dzieciom sporo frajdy.

Naszą ulubioną grą jest „Shopping list”.

shopping list, bra po angielsku,

To prosta gra typu memory, którą można rozbudować o różne dodatki, a za pomocą paru gadżetów bardzo kreatywnie rozwinąć. Gra przeznaczona jest dla maksymalnie 4 osób. Mamy do wyboru dwa wózki sklepowe, dwa koszyki na zakupy i 4 listy zakupów. Są też 32 dwa żetony z obrazkami produktów, w większości spożywczo-drogeryjnych. Wygrywa ten, kto najszybciej zbierze żetony ze swojej listy. Po drodze oczywiście nazywamy po angielsku wszystkie produkty. Grę można rozszerzyć o dodatki z ubraniami oraz owocami i warzywami. Wtedy grać może już 8 graczy, a w sumie poznajemy 62 słowa po angielsku. Kreatywne rozwinięcie, którego nie przewidział producent to dołączenie do gry zabawkowej kasy sklepowej i banknotów z Monopoly. Wtedy możemy odgrywać już prawdziwe scenki sklepowe, liczyć, ćwiczyć różne sytuacje w sklepie i oprócz uczenia się samych pojedynczych słów budować całe zdania, które pasują do konkretnych zdarzeń.

Już sama ta jedna gra wystarczyłaby na ogarnięcie angielskiego od przedszkola aż przez okres wczesnoszkolny. Takich gier Orchard Toys proponuje nam jednak więcej. Możemy rozwijać słownictwo w najróżniejszych kierunkach. Możemy ćwiczyć dodawanie i odejmowanie po angielsku. A nasze dzieci mogą zacząć mówić po angielsku bez otwierania podręcznika. A te, jeśli kiedyś do nich zajrzycie – najczęściej mogą zniechęcić do nauki niż wyzwolić językowy zapał. U nas dzięki grom Orchard Toys angielski mamy codziennie.

Gdy macie dzieci w różnym wieku i to starsze ma już pewien zakres angielskiego słownictwa, to tylko dodatkowa zaleta. U nas dzięki temu, ja nie zawsze uczestniczę w grze, a młodszej córce słowa, których ta jeszcze nie zna podpowiada starsza, a gdy obie nie są pewne sprawdzają w telefonie. Chociaż prawda jest taka, że lubię te rozgrywki z nimi. Mam w domu też nastolatka i dzięki temu wiem, że czas zbyt szybko mija, a ten spędzony razem jest bezcenny.

Obejrzyj film:

Zobacz live, podczas którego opowiadam o tym, jak uczymy się w domu angielskiego:


Inne fantastyczne gry do nauki języka angielskiego: