In Bez kategorii

Ponieważ coraz więcej osób pyta mnie w kontekście przedłużającej się kwarantanny, co robić i jak to robić postanowiłam się podzielić z Wami moimi doświadczeniami z ostatnich trzech lat.

Po wielu próbach i testach różnych planów i harmonogramów okazało się, że najlepiej zdaje egzamin metoda priorytetów połączona z realnym wycenianiem czasu. Jak to wygląda w praktyce? Wypisuję sobie co mam do zrobienia jutro – co muszę, co bym chciała, co dobrze by było. Te zapiski nie dotyczą jedynie mojej pracy zawodowej, ale też spraw, przy których muszę asystować dzieciom, czy które wręcz chcę z nimi zrobić. Dzięki temu wiem, co jest najważniejsze na dany dzień w każdym z zakresów – praca, edukacja, dom, czas wspólny. Dokładnie też oceniam ile te aktywności mogą zająć czasu i realnie patrzę które z tych związanych z pracą mogę zrobić w rozgardiaszu przy kuchennym stole, czytając co chwila zadania i tłumacząc jakieś niejasne kwestie. Sprawdzam też czy wszystko razem nie zajmuje przypadkiem więcej niż 24 godziny, patrzę, które mogę na siebie nałożyć i ruszam do dzieła.

Brzmi idealnie, nie? No, niestety tak nie jest. Przez trzy lata łączenia pracy z domu z edukacją dzieci nauczyłam się jednego. Idealnie nie istnieje. To jest praca na żywym organizmie, który codziennie ma inną formę, inne potrzeby i chce codziennie iść najczęściej w zupełnie odwrotnym kierunku niż ten zaplanowany. Ratuje mnie elastyczność i przywiązanie do priorytetów. Jeśli najważniejsze są dla mnie dzisiaj z zakresu praca 2 godziny pisania, to choćby się waliło i paliło staram się usiąść i pisać. Być może o 6.00 rano, być może o 21.00, a czasem w ciągu dnia. Wiem już po wielu miesiącach starań, że słowo staram się jest tu kluczowe. Nigdy nie daję rady robić wszystkiego, co zaplanowałam. Przykro mi jeśli spodziewaliście się idealnej recepty i mieliście nadzieję dowiedzieć się jak efektywnie pracować 8 do 10 godzin dziennie jednocześnie wspomagając dzieci w edukacji i dbając z każdym z nich o bliskie relacje. Nie ma takiego sposobu. Taki sposób nie istnieje. Paradoksalnie moment, w którym sobie to uświadomiłam był dla mnie wybawieniem. Przestałam się spinać, by w każdej sferze doskoczyć do ideału. Praca z domu i edukacja domowa oznacza, że nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na sto procent, w takim wymiarze jak dało by się je zrobić oddzielnie.

Więc, co? Balans.

Kiedy mam priorytet na pisanie – piszę, wstaję wcześniej, kładę się później, odkładam różne rzeczy na potem. Kiedy czuję, że muszę zająć się bieżącą pracą – zajmuję się. Kiedy mam poczucie, że dzieci potrzebują więcej mojego udziału w swojej edukacji – daję im swój czas. Jedynie kwestii relacji nie da się odłożyć na później i trzeba dbać o nie codziennie.

Wiem, możecie pomyśleć co to za praca i co to za edukacja w takim razie. Wiem, gdybym nie miała dzieci w domu mogłabym pracować więcej i intensywniej. Pewnie z moim biznesem byłabym dużo dalej niż jestem. Gdybym nie pracowała mogłabym zanurzyć się w edukację domową po kokardę, wymyślać zajęcia, materiały edukacyjne i robić cuda niewidy jakie z zazdrością obserwuję w social mediach. Jednak cały czas mam poczucie, że taki jest właśnie mój wybór i to drugie słowo klucz. Wybrałam, że chcę pracować z domu i chcę domowo edukować moje dzieci. Wiem, że nie da się tych dwóch rzeczy zrobić na sto procent. mimo to chcę je łączyć. Wiem też, że nie o 100 procent w tym wszystkim chodzi. Widzę wartość w tym, że pracuję i uczę w domu. Jednocześnie mam zgodę na to, by nie być idealną w żadnym z tych zakresów i mam też pewność, że nie oznacza to jednocześnie bylejakości w żadnej z tych kwestii. Wiem też, że życie płynie i mój świat ewoluuje. W momencie gdy piszę ten tekst, moje dziewczyny (7 i 9 lat) właśnie zupełnie samodzielnie usmażyły pankejki na drugie śniadanie. Mój udział ograniczył się do opinii czy ciasto już jest gęste czy nie. Pozwalam dzieciom na samodzielność i dostaję w zamian mniejsze i większe skrawki czasu. Widzę też jak mój udział w ich edukacji zmienia się z czasem. Z roku na rok są coraz bardziej samodzielni i potrzebują mnie coraz mniej. By tę ich samodzielność wzmocnić i dać im narzędzie do zarządzania swoimi aktywnościami, w naszym domu od jakiegoś czasu funkcjonuje planer. Możecie go pobrać bezpłatnie zapisując na listę zainteresowanych e-bookiem w promocyjnej cenie.

Zapisz się na listę zainteresowanych e-bookiem w promocyjnej cenie i odbierz prezent – planer dla dzieci
https://www.subscribepage.com/edukacjadomowadlapoczatkujacych

Potrzebowałam trochę czasu, by nauczyć się balansować w tym wszystkim, potrzebowałam sobie dać zgodę na nieidealność, potrzebowałam nauczyć się cieszyć tym co wychodzi, potrzebowałam czasu, by pogodzić się z tym, że coś przychodzi wolniej, że na wyniki trzeba poczekać. Osiągnęłam ten moment, bo taki był mój świadomy wybór, bo widziałam codziennie korzyści z takiej decyzji.

Wam jest trudniej.

Nikt Wam na to czasu nie dał. To nie Wy podjęliście decyzję o pracy z domu i edukacji zdalnej dzieci. Wyobrażam sobie, że potrzeba czasu, by zaakceptować sytuację z jaką mamy do czynienia i się w niej zaadaptować. Chciałabym wierzyć, że edukacja, z którą teraz macie do czynienia naprawdę jest zbliżona do domowej. Nie mam jednak złudzeń. Zbyt dużo informacji dostałam i wiem, że jest to najczęściej zdalna kontrola bardziej niż zdalne nauczanie.

Kiedy moi znajomi piszą mi na różnych komunikatorach, że już nie dają rady z pracą i nauką mówię im –spasujcie. To nie jest czas dla dzieci, by je cisnąć i sprawiać, by były zajęte nauką cały dzień. Od dziś będziemy wychodzić z domu tylko w najważniejszych sprawach. Nasze życie staje na głowie, a szkoła chce funkcjonować bez zmian. Obojętnie czy szkoła tego chce czy nie – to nie jest możliwe. Moim zdaniem to czas, by przejąć odpowiedzialność za to, jak wygląda nasze życie rodzinne. Jedni z Was są wojownikami, umieją i potrafią walczyć, inni zaś nie. Ja należę do tej drugiej części. Wiem jak trudno sprzeciwić się autorytetowi jakim jest szkoła. Mam jednak wrażenie, że wszyscy wiemy mniej lub bardziej świadomie czego trzeba teraz naszym dzieciom. Stańcie przy nich zamiast na przeciw nich, jak chce tego szkoła, bądźcie ich oparciem, nawet gdyby wymagało to powiedzenia szkole – nie zrobimy tych zadań lub zrobienie ich zajmie nam więcej czasu. Co się może najgorszego stać? Jeśli nie macie dzieci w VIII klasie SP lub klasie maturalnej to chyba jesteście świadomi, że te końcowe oceny nie mają kompletnie żadnego znaczenia.

Mam trochę poczucie, że jako rodzice doświadczamy teraz tego, czego dzieci na codzień doświadczają w szkole, tylko że do tej pory nie chodziliśmy z nimi na każdą lekcję.

Zadania, polecenia, testy, ćwiczenia do wypełnienia nie zrobiły się z dnia na dzień mniej przemyślane, żeby ująć to eufemistycznie. One takie były cały czas, było ich właśnie aż tyle i właśnie tak rozwijały nasze dzieci, jak to teraz widzimy. Teraz jak w soczewce widać, że szkole nie chodzi o to, by dziecko się czegoś nauczyło. W szkole chodzi o szkołę. Chodzi o to, by dziecko dostało ocenę, nie ważne za co, ważne by było ich dostatecznie dużo, by móc wystawić kolejną ocenę, tym razem końcową. Tego faktu nie zmienią dziesiątki świetnych nauczycieli, którzy myślą, czują i działają inaczej. Są nieistotnym, choć wciąż rosnącym promilem w tym systemie.

Tylko od nas zależy co z tym zrobimy. Możemy dalej tak działać ze świadomością, że to bez sensu, a możemy to zmienić. Naprawdę w to wierzę. Na początek sprawdźcie, co się stanie, gdy spróbujecie napisać do nauczycieli Waszych dzieci i przedstawić sytuację z Waszej i Waszego dziecka strony. Z własnego doświadczenia wiem, że pisać jest łatwiej niż mówić. Pisane też łatwiej przyjmować.

W tym dziwnym czasie pełnym napięcia, strachu i wielu niewiadomych, to czego nam najbardziej potrzeba to zadbanie o siebie i o dzieci. Spróbujmy to zrobić.

Recent Posts

Leave a Comment

0