Szkoła – rodzicom wstęp wzbroniony

Temat szkoły bardzo mnie boli. Wścieka. Porusza. Irytuje. Dotyka głęboko. Dotyczy osobiście. To chyba podstawowy powód, dla którego wpis o naszej edukacji domowej odkładam z tygodnia na tydzień. Ciągle wydaje mi się, że zbyt emocjonalnie podchodzę do tematu, że jeśli wpis ma coś wnieść to i ja powinnam wznieść się na metapoziom, a w tych emocjach nie mogę do niego doskoczyć.

Jednak po lekturze „Godziny wychowawczej” Aleksandry Szyłło stwierdziłam, że mogę tego metapoziomu nie doczekać. Po lekturze przewaliło się po mnie małe emocjonalne tornado. To taka niewielka książeczka. Rozmowy z ludźmi, który głęboko siedzą w edukacji, są nauczycielami, wychowawcami, dyrektorami, twórcami znanych i znaczących placówek edukacyjnych, takich, które służą dziecku. Mówią o tym jak według nich powinna wyglądać szkoła i o tym jak wygląda.

 

Bardzo smutne to wnioski. Jaka szkoła jest każdy widzi. Każdy, kto do niej chodził. Każdy, kogo dziecko do niej chodzi. Spotykając się z rodzicami czy to na warsztatach, które organizowałam czy to na tych które prowadziłam zobaczyłam, że szkoła to największy problem dla wielu z nich.

Najpierw o moim doświadczeniu.

Byłam dzieckiem, które nie lubiło szkoły. Chodziłam do jednej z dwóch podstawówek w małym miasteczku. Chyba nigdy nie miałam czerwonego paska. Pierwszą tróję z matmy miałam już w 3 klasie. Potem do mojej ulubionej trójcy dołączyła fizyka i chemia. Łapałam się w średniej. I za pierwszym razem nie zdałam na studia. Patrzę na to z punktu, w którym teraz jestem i widzę, że to nie miało kompletnie znaczenia chociaż wtedy wydawało się niezwykle istotne. Na miejsce w którym jestem nie wpłynął brak czerwonego paska i trójki z przedmiotów ścisłych. Nie miało znaczenia też to, że nie zdałam na studia za pierwszym razem. Wcale się też temu teraz nie dziwię. Zdawszy się na rady innych osób, wybrałam bowiem kierunek, który mnie kompletnie nie ekscytował, ale za to miałam mieć po nim dobrą pracę. To co zaważyło na tym, co teraz robię to było olśnienie. W liceum nie miałam żadnego. W szkole podstawowej spotkało mnie tylko jedno. Był nim pan od polskiego. Prócz polonistyki skończył też reżyserię. Miał też żal do Boga i z tego żalu czasem w niedzielę chwiejnym krokiem wychodził z restauracji Lubiana, jedynej w naszym mieście. Zaczęliśmy naszą znajomość od tego, że na pierwszej lekcji powiedziałam, że się z nim nie zgadzam. Pamiętam, że od tamtej pory był ciekaw, tego co napiszę i powiem. Był jednym z ludzi, dzięki którym jestem tu, gdzie jestem. Myślałam, że zdążę mu kiedyś podziękować. Za te dyskusje, rozmowy i za to, że cenił, gdy się nie z nim nie zgadzaliśmy. Nauczył nas, że warto wątpić i że nie ma jednej właściwej interpretacji wiersza czy książki. Nie zdążyłam tego zrobić. Z całej mojej edukacji tylko to jedno doświadczenie miało sens i wartość.

Piszę to rozmyślając o nauczycielach i szkole.

Cztery lata edukacji mojego syna w szkole podstawowej uświadomiło mi, że szkoła niewiele zmieniła się od czasu, gdy sama opuściłam jej progi. Choć minęło już od tego czasu ponad dwadzieścia lat. Wszyscy wiemy, że w tym czasie świat, w którym żyjemy zmienił się bardziej niż my dorośli kończąc naszą edukację mogliśmy sobie to wyobrazić. Tymczasem szkoła tego nie zauważa.  Przygotowuje nasze dzieci do życia w świecie, który już nie istnieje. W świecie, w którym by przetrwać potrzebna jest umiejętność rywalizacji. W świecie, gdzie cenione jest posłuszeństwo i dokładne wykonywanie zleconych zadań. Gdzie własne zdanie i kreatywność są do niczego nie potrzebne. Szkoła ignoruje zmiany konsekwentnie, zasłaniając się systemem, podstawą programową, przeładowanymi klasami, niskimi płacami, politykami, którzy ciągle mieszają w edukacji wierząc, że dobra szkoła to taka, do której kiedyś chodzili. Nikt nie bierze odpowiedzialności za szkołę. Uczeń, gdyby chciał – nie może. Szkoła nie ma zgody na to, by dziecko samo decydowało, co jest interesujące, a co nie, czego chce się uczyć więcej, a czego mniej. Mój syn w zeszłym roku konsekwentnie ignorował plastykę, po tym jak usłyszał we wrześniu, że jego jesień ma za mało kolorów. Zakończył z oceną dopuszczającą. Szkoła, w przeciwieństwie do nas, nie mogła się z tym pogodzić. Nalegano na poprawę oceny i przyniesienie dokończonych prac kompletnie ignorując decyzję dziecka.

W szkole uczeń nie ma podmiotowości.

Nikt go nie bierze na poważnie. Gdyby dorośli byli traktowani tak jak nasze dzieci w szkole szybko by się zbuntowali. Śniadanie na stojąco albo na podłodze, jeden wspólny papier toaletowy, wiszący na haku w przedsionku toalety – musisz zaplanować ile będziesz potrzebował. Brak noży w stołówce, bo to niebezpieczne narzędzie. Zakaz biegania, bo mogą sobie zrobić krzywdę. Zakaz gry w piłkę, bo mogą powybijać okna.

Szkoła od lat sprzedaje mity, które nie mają nic wspólnego z prawdą.

Błędy. Przez 12 lat uczymy dzieci, że lepiej ich nie popełniać, a potem chcemy, by umiały myśleć nieszablonowo, by próbowały tego, czego nikt przed nimi nie próbował.

Prace domowe. Nasze dzieci pracują niejednokrotnie ciężej niż robotnik w fabryce. Spędzają w szkole po kilka godzin, potem następnych kilka w domu nad lekcjami, i wszystko to często bez wolnych weekendów. Żaden dorosły, by tego nie wytrzymał, a dzieci muszą. Jest mnóstwo badań pokazujących bezsens prac domowych. Szkoła jednak konsekwentnie trzyma się sposobów, które działały kilkadziesiąt lat temu.

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. To chyba jedno z najbardziej fałszywych przekonań, które wpaja nam szkoła. Jeśli dziecko nie posiądzie jakiejś umiejętności w określonym czasie, to już koniec. Ilu nowych kompetencji musieliście się nauczyć w ciągu Waszego życia juz po zakończeniu formalnej edukacji? Mnóstwa. Nauczyliście się ich, bo były Wam potrzebne. Z dziećmi jest podobnie. Jeśli tylko widzą sens działania wchodzą w to i to bardzo szybko.

My, rodzice mamy być karzącą ręką szkoły.

Placówki wymagają od nas byśmy działali wbrew dobru naszego dziecka. Mamy go sprawdzać, zmuszać, przypominać i egzekwować to, co szkoła zaleci. Prowadząc i organizując warsztaty dla rodziców doświadczam tego, jak ogromny to problem i jak destrukcyjnie działa na relacje w rodzinie. Szkoła wymaga od rodziców współpracy, ale tylko na jej warunkach. Gdy tylko rodzice chcą, do czego zgodnie z prawem są uprawnieni, uszczknąć trochę władzy, mieć wpływ na to, co się w szkole dzieje, od razu są przywoływani do porządku. W szkołach nie ma kultury współpracy.

Nauczyciele i szkoła

Zmiany w szkole systemowej są możliwe w ramach systemu, który istnieje. Trzeba tylko przestać mówić „nie da się”, a zacząć zastanawiać się jak. Zachodniopomorska szkoła w Radowie Małym, o której możecie przeczytać tutaj jest właśnie przykładem na to, że się da. By zmieniła się szkoła, musi chcieć tego jej dyrekcja i motywować do tego swoich nauczycieli. Wyobrażam sobie, że to rzadki wypadek. Współczuję nauczycielom trudnego miejsca, w którym się znajdują. Dobry nauczyciel musi działać niejako wbrew systemowi, w którym się znalazł. Dobry nauczyciel jest problematyczny dla innych nauczycieli i dla dyrekcji. Pokazuje, że można działać inaczej, mieć relację z dziećmi i ich zainteresowanie tematem.

Ignorowanie

To czego nie mogłam zaakceptować w szkole, to to, że szkoła kompletnie ignoruje emocje dzieci oraz fakt, że proces nauki zachodzi w relacji. Nam dorosłym trudno zapanować nad emocjami, trudno ich nie przynosić z pracy do domu, zostawić za progiem. Tymczasem od małego człowieka, który nie ma jeszcze „mocy przerobowych” wymagamy by był skoncentrowany na lekcji, gdy on właśnie na przerwie pokłócił się kolegą albo to już kolejna godzina lekcyjna, a jego rozpiera energia i chętnie by teraz pobiegał. Nie jest skoncentrowany? Mówimy mu, aby był, ignorując przyczynę. Nadal nie jest? Piszemy uwagę do rodziców, aby coś z tym zrobili. Szkoła ignoruje trudności dzieci, tłumacząc się, że taki mamy system. Dla mnie to jest kłamstwo i zrzucanie z siebie odpowiedzialności. Prawdą byłoby, gdyby nauczyciel powiedział, że on nie wie jak zadbać o potrzeby wszystkich dzieci w dwudziestokilkuosobowej klasie. Można o to zadbać. Trzeba tylko wyjść z założenia, że są one ważne i że ich zaspokojenie pomoże dzieciom efektywnie się uczyć.

Co się stanie jeśli będziemy konsekwentnie ignorować potrzeby dzieci? Potrzeby nie znikną. Zaczną znikać dzieci. Elżbieta Piotrowska-Gromniak  w „Godzinie wychowawczej” Aleksandry Szyłło mówi o zatrważających danych.

„Otóż według ministerstwa zdrowia około miliona polskich uczniów cierpi na fobie oraz depresje szkolne. Mówimy o uczniach, którzy zwrócili się o pomoc do publicznych placówek służby zdrowia. Strach pomyśleć, że są również dzieci, których rodzice jeszcze o taką pomoc się nie zwrócili.”

Myślę, że lawinowy wzrost liczby uczniów w edukacji domowej z kilku do kilkunastu tysięcy w ostatnich latach jest odpowiedzią na to, co szkoła nam funduje. Niektórzy zmieniają szkołę z państwowej na prywatną. Inni wybierają przygodę jaką jest edukacja domowa. My wybraliśmy przygodę.

O mnie

zmianyadmin

Zobacz wszystkie posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *