Roszczeniowy rodzic – kto to taki?

Temat do tego wpisu podsunął mi Wojtek Gawlik z EDu-klaster. Jego ostatni wpis na fb, który możecie przeczytać tutaj sprawił, iż zobaczyłam, że nauczyciele nawet ci „postępowi”, widzą rodziców podobnie jak swoich uczniów. Jako grupę, którą trzeba wychować, pedagogizować, powiedzieć im co dobre, a co nie, poprowadzić, nauczyć. Jak będą się słuchać i pilnie uczyć wtedy razem możemy osiągnąć piękne rzeczy dla naszych dzieci. A przecież dobro dzieci jest naszym wspólnym celem, prawda? Więc niech Państwo wyjmą karteczki i notują.

Rodzic jest równy nauczycielowi

Niestety, takie postawienie sprawy nie wydaje mi się dobrym początkiem dla współpracy i współodpowiedzialności. Współpraca i współodpowiedzialność między szkołą, nauczycielem a rodzicem musi się zacząć od równości i szacunku. Jako rodzic w szkole nie czuję równości, a już na pewno nie czuję szacunku. Zgodnie ze słownikiem PWN szacunek to stosunek do osób lub rzeczy uważanych za wartościowe i godne uznania. Czy szkoła, nauczyciel uważa rodzica, jego wątpliwości, przekonania, wartości, wiedzę na temat swojego dziecka za wartościowe i godne uznania? Zapewne każdy z nas ma różne doświadczenia w tym temacie i mam nadzieję, że są takie szkoły i tacy rodzice, gdzie w obopólnych relacjach obecna jest i równość  i szacunek. Ja w relacjach ze szkołą nie doświadczyłam ani jednego ani drugiego i wiem, że moje doświadczenie jest tożsame z doświadczeniem wielu rodziców.

Czy rodzice są jak dzieci?

Dlaczego, my rodzice, dorośli ludzie jesteśmy postrzegani przez nauczycieli jako grupa, którą trzeba wychować? Określani jesteśmy jako roszczeniowi, dzieckocentryczni. Wychowujemy swoje dzieci „bezstresowo” (tak często określani są rodzice, którzy nie stosują kar za trudne zachowanie dziecka, a starają się szukać potrzeby jaka za takim trudnym zachowaniem stoi) i dajemy włazić sobie na głowę, bo nie próbujemy natychmiast ucinać trudnych emocji dziecka, a dajemy im przepłynąć i towarzyszymy w tym, a potem nauczyciele muszą sobie radzić z takimi rozpuszczonymi dzieciakami, które nie rozumieją jak się do nich mówi „nie, bo nie”. Tak, te rozpuszczone dzieciaki chcą wiedzieć dlaczego tak i dlaczego nie i potrafią się upierdliwie tego domagać. Tę próbę pedagogizacji rodziców widać też chociażby w tym jak się nas sadza w ławkach na zebraniach. Siedzimy w ławkach jak nasze dzieci i tak jak dzieci nas się traktuje.

Rodzice są różni

Podobnie jak nauczyciele, rodzice są bardzo zróżnicowaną grupą. Mamy różne wykształcenie, doświadczenie, poglądy, wartości. Są tacy, którzy chcieliby, aby szkoła oddała dziecku więcej odpowiedzialności za naukę, ale część rodziców domaga się większego przymusu i kontroli ze strony szkoły, bo wierzy, podobnie jak część nauczycieli, że bez tego ich dziecko nie będzie chciało się uczyć. Czują się zaniepokojeni brakiem pracy domowej czy tym, że dzieci bawią się na lekcjach zamiast się uczyć. Dostają ocenę opisową i chcieliby wiedzieć do czy to piątka  czy czwórka. Nie jest możliwym spełnić żądania, prośby i oczekiwania zróżnicowanej grupy rodziców, zwłaszcza, że część z nich zapewne wzajemnie się wyklucza. Nie o to też chodzi.

Komunikacja i odpowiedzialność

O co zatem chodzi? O komunikację. O równość i szacunek. I o jasny podział odpowiedzialności.

Komunikacja jest często słabą stroną nauczycieli jak i rodziców. To nie jest umiejętność, której uczą na studiach choć powinien być to istotny element w kształceniu zawodowym nauczycieli. Warunkiem brzegowym dobrej komunikacji jest jednak wzajemne przekonanie o naszej równości i darzenie się szacunkiem. Przekonanie, że czegoś mogę się od drugiego człowieka nauczyć, dowiedzieć. Na koniec jasny podział odpowiedzialności. Za co jest odpowiedzialny nauczyciel, a za co rodzic. Jako rodzic mam takie poczucie, że nauczyciel wzbrania się od wzięcia odpowiedzialności za własną pracę.

Jeśli nauczyciel ma problem z dzieckiem na swojej lekcji – zwraca mu uwagę. Może też wysłać ucznia do wychowawcy, dyrektora, pedagoga. Może też wpisać uwagę do dzienniczka. Jako rodzic jestem zobowiązana przyjąć tę uwagę do wiadomości, składając pod nią swój podpis, i zrobić coś z zachowaniem dziecka na lekcji, którą prowadzi nauczyciel. Czyli z mojego punktu widzenia nauczyciel nie podejmuje żadnych działań, by zrozumieć i zmienić zachowanie dziecka na swojej lekcji, ale żąda ode mnie bym ja to zrobiła za niego. Dla mnie to jest przerzucanie na mnie odpowiedzialności, której nie tyle nie chcę, co nie jestem w stanie przejąć. Mogę to zrobić jedynie przejmując prowadzenie lekcji.

Dlaczego nie mogę wziąć tej odpowiedzialności od nauczyciela? Dlatego, że problematyczne zachowanie dziecka na lekcji dzieje się w relacji lub braku relacji dziecko-nauczyciel i ja jako rodzic nie jestem w stanie ani niczego w tej relacji zmienić, ani jej poprawić, ani jej nawiązać. Wzywana uwagami w dzienniczku do szkoły na początku rozmowy z nauczycielem zadawałam zawsze pytanie: czy pan/pani rozmawiał sam na sam z moim dzieckiem o tym, co chciałby zmienić w jego zachowaniu? Zgadnijcie ile razy uzyskałam twierdzącą odpowiedź? ANI RAZU. Ze wszystkich rozmów, które odbyłam tylko w przypadku jednej nie usłyszałam wymówek w postaci – no wie pani ja mam 25 uczniów w klasie, nie mogę rozmawiać z każdym, mam dyżur na przerwie. Tylko raz usłyszałam – a wie pani, nie pomyślałam o tym, ale dziękuję za pomysł, spróbuję. Wiecie co się stało? Nagle zaczęłam słyszeć – mamo, a pani mówiła, że dzisiaj się starałem, mamo, a pani mówiła, że dzisiaj dobrze pracowałem. Wystarczyła jedna rozmowa. Nie na forum klasy, ale taka jeden na jeden. Jednak dla wielu nauczycieli nawiązanie takiego kontaktu z uczniem jest ogromnym problemem. Nie wiem dlaczego tak jest. Może przyczyną jest ten nieszczęsny autorytet, o którym nauczyciele tyle mówią. Bo jeśli muszę usiąść z uczniem i powiedzieć mu – „Słuchaj to dla mnie trudne, gdy zadajesz na lekcji tyle pytań, które nie są związane z tematem. Zastanawiam się co moglibyśmy zrobić, żebym ja mogła przeprowadzić lekcję i żebyś ty jednocześnie znalazł odpowiedź na swoje pytania.” – to trochę muszę zejść z tego piedestału autorytetu pani nauczycielki i przejść do relacji bardziej partnerskiej. Myślę, że to może być trudne dla wielu nauczycieli. Choć w konsekwencji prowadzi właśnie do wzrostu autorytetu nauczyciela i zaangażowania ucznia. Wyobrażam sobie jednak, ze nauczycielom trudno zadbać o potrzeby uczniów, gdy ich własne potrzeby nie są zaopiekowane, a o to ostatnie trudno w naszym systemie edukacji.

Rodzic a potrzeby nauczycieli

Ja jako rodzic nie jestem w stanie o to zadbać. Nie zwiększę pensji, nie zadbam o szacunek i wsparcie ze strony dyrekcji, nie zmniejszę klas, nie zmienię podstawy programowej ani polityki MEN. To, co mogę zaoferować to moja otwartość na inny punkt widzenia. Mój szacunek i chęć rozmowy. Bo musimy pamiętać, że szacunek to nie to samo co zgadzanie się z kimś. Chciałabym w zamian tego samego. Chciałabym, aby szkoła nie traktowała mnie, rodzica jak podrośniętego dziecka, którego kaprysy i roszczenia musi znosić. Chciałabym wzajemnej odpowiedzialności i zaangażowania. Jeśli ja jako rodzic mam wątpliwości co do sensu pracy domowej to szukam czegoś co potwierdzi lub obali moje doświadczenie i przedzieram się po angielsku przez sześćdziesięciostronicową metaanalizę badań Harrisa Coopera i chciałabym mieć pewność, że nauczyciel będzie robił podobnie. Jeśli zadaje dużo odtwórczej pracy domowej to chcę się dowiedzieć na jakiej naukowej podstawie uważa, że to ma sens. Niestety, najczęściej słyszę – muszę im zadawać, żeby się przyzwyczaili, bo w późniejszych klasach będą mieli więcej pracy domowej. Zupełne jak w tym dowcipie o rodzinnej tradycji przykrawania indyka przed włożeniem brytfanki do piekarnika.

– Mamo, a dlaczego właściwie my tak robimy?

– Wiesz mamy taką tradycję, zapytaj babci.

– Babciu, dlaczego przykrawamy indyka?

– Moja mama tak zawsze robiła, wtedy jest smaczniejszy.

– Prababciu, czemu przykrawałaś indyka?

– Dziecko, miałam mały piekarnik i inaczej się nie mieścił.

Wszyscy lubimy widzieć sens naszej pracy. A my „roszczeniowi” rodzice, którzy widzimy jak nasze dzieci pracują ponad siły chcemy wiedzieć, że praca naszych dzieci ma sens.

O mnie

zmianyadmin

Zobacz wszystkie posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *