Empatia na Nowy Rok

 

Do tego wpisu skłoniły mnie Święta Bożego Narodzenia. Święta to nie jest mój ulubiony czas. Dopiero się uczę, jak sprawić by ten czas był dla mnie i dla moich bliskich  dobrym czasem.

Czego się do tej pory nauczyłam?

Trzeba machnąć ręką na tradycję.

Już dawno temu przestaliśmy szykować potrawy, których nie lubimy i których nie jadamy ani my ani nasze dzieci. Mamy w tym roku jedną z najpiękniejszych choinek, która prawie nie ma bombek, a jest za to przystrojona przepięknie kulfoniastymi papierowymi ozdobami zrobionymi przez nasze dzieci.

Nie umyłam w tym roku okien ani nie zrobiłam żadnych większych porządków, bo zwyczajnie nie miałam na to czasu i byłam zbyt wyczerpana intensywną pracą i stresem, którego doświadczałam przez ostatnich kilka miesięcy.

Dla naszego małego mikrokosmosu to było ok. Ale jak to z mikrokosmosami bywa, są one częścią wielkiego kosmosu. Tu już bywa trudniej.

Czemu nie lubię świąt?

Bo w święta musi być miło i rodzinnie. Bo świadomie i nieświadomie próbujemy dociągnąć realia do różnych idealnych obrazów, które mamy zakodowane w głowie.

Bo w święta nie możemy płakać i przeżywać różnych trudności. Bo w święta nie może być Ci smutno. To znaczy może, ale okazywanie smutku powinniśmy przełożyć na po świętach, aby nie psuć innym tego dobrego świątecznego czasu.

Bo w święta często dokręcamy sobie śrubę planując niemożliwe. Jeszcze parę lat temu największe awantury przeżywałam z dziećmi w wigilię. Kompletnie nie planując tego, że swój czas muszę podzielić na dwa jeśli nie nie na trzy i w związku z tym nie zrobię wszystkiego, co mam na liście i nie biorąc pod uwagę tego, jak dużym stresorem dla dzieci jest oczekiwanie na przyjemności. Nie kończyło się to dobrze. Teraz zaczynam być mistrzynią odpuszczania. Przekładam na swoje plany fakt, że z trojgiem dzieci zrobię trzy razy mniej niż planuję. Staram się też pamiętać, że to nie jest sport dla sportu. Że to bez sensu szykować rodzinne święta pokrzykując na dzieci i przeganiając je z kąta w kąt lub sadzając przed telewizorem, by móc zrobić to co wpisałam na listę. Niby proste, ale dojście do tego parę lat mi zajęło.

Bo święta to kopalnia różnych stresorów. Nie tylko dla dzieci, ale i dla nas. W pogoni za idealnymi świętami jak z obrazka na instagramie trudno nam zaakceptować dramat dziecka, które chciało świnkę Peppę, która mówi, a dostało klocki duplo ze świnką Peppą. Większe, lepsze, dłużej będzie się nimi bawić, a ryczy wniebogłosy powodując nasze wyrzuty sumienia (znowu nam się coś nie udało, znowu zrobiliśmy coś nie tak) automatycznie zamieniane na złość (no czy ona nigdy nie może się ucieszyć z prezentu? Zawsze jej się coś nie podoba), często podbijaną presją otoczenia – realną albo wyobrażaną w naszej głowie (przecież jako matka powinnaś szybko uspokoić dziecko, skoro nadal płacze to nie jesteś wystarczająco kompetentnym rodzicem). Czasem nawet jesteśmy w stanie zauważyć i nazwać uczucia dziecka, pobyć z nimi, ale otoczenie pragnie z nimi coś szybko zrobić (babcia Ci kupi świnkę, to nie ładnie tak płakać, jak się dostało prezent, zobacz jakie te klocki są ładne), a my nie umiemy przed tym obronić siebie ani dziecka co też w końcu prowadzi nas do konkluzji, że jesteśmy beznadziejnym rodzicem.

Czy jest na to recepta?

Tak, ale to nie jest łatwy lek do łyknięcia. Nazywa się empatia. Dla siebie i innych. Najpierw dla siebie. Bo tylko, gdy okażemy empatię samemu sobie lub gdy otrzymamy ją od innych jesteśmy w stanie ją okazać drugiej osobie. Bo nie jesteśmy w stanie dać komuś czegoś, czego sami nie mamy.

Z empatia jest też trochę tak, że wszyscy o niej słyszeli, nikt jej nie widział, a każdy wyobraża ją sobie inaczej. Najpiękniej, najcelniej istotę empatii wyjaśnia Brené Brown

Co sprawia, że empatia przestaje być empatią? Marshall B. Rosenberg przedstawia nam całą wyliczankę:

  • doradzanie (Ja na twoim miejscu… ),
  • licytowanie się (Ty i tak jesteś w dobrej sytuacji, ja to dopiero… )
  • pouczanie (Może i jest ci teraz trudno, ale pomyśl ile to ci przyniesie dobrego… )
  • pocieszanie (Starałeś się, ale ci nie wyszło, nie przejmuj się… )
  • gawędziarstwo (pamiętam jak jeden mój znajomy miał podobną sytuację… )
  • ucinanie w pół słowa (Nie martw się. Wszystko będzie dobrze… )
  • litowanie się (Biedactwo, i co Ty teraz zrobisz?)
  • wypytywanie (Opowiedz mi po kolei, jak do tego doszło… )
  • wyjaśnianie (Nie mogłem wtedy być z Tobą, bo… )
  • korygowanie (To wyglądało zupełnie inaczej niż mówisz… )

 

Dla mnie osobiście najtrudniejsze jest wsadzanie mnie w ramki bardzo dzielnej. Wyliczanie z iloma już rzeczami sobie poradziłam i to świetnie więc teraz też sobie poradzę. Kto jak nie ja da radę. Komunikat – jesteś przecież taka dzielna, dumna jestem z ciebie – gdy właśnie lecę głową w dół w czarną dziurę, kompletnie mi nie pomaga. Wiecie co wtedy słyszę? Słyszę – nie masz tu co szukać zrozumienia dla swojej słabości, chcemy cię widzieć silną i dzielną, radzącą sobie z życiem, a nie taka rozciapcianą, wymyślającą niewiadomo jakie strachy. Podobnie się dzieje, gdy na widok naszego smutku ludzie w ramach pociechy serwują nam słowa – no nie bądź taka smutna. Wiele już za mną, więc słyszę – trudno mi zaakceptować twój smutek, boję się, że twój smutek to moja wina, nie chcę się z tym konfrontować, to dla mnie za trudne. Jednak nieodmiennie prowadzi mnie to do konkluzji, że nie znajdę tu empatii i wsparcia – widzę tylko odwrócone w strachu plecy.

Empatia ma ogromną moc. Uczę się jej ciągle i choć mam wrażenie, że jestem na początku drogi to i tak już widzę jej efekty w moim mikrokosmosie. Tego chciałabym Wam życzyć w Nowym Roku. Doświadczania empatii.

 

O mnie

zmianyadmin

Zobacz wszystkie posty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *